wtorek, 6 marca 2018

Mam dziwne hobby, nie zrozumiesz

M4A1 i kolekcja lakierów do paznokci. Roswell 1947 , koloryzowane.
Zapraszam do piwnicy, pokażę Wam małe kotki.


Szukasz inspiracji, nowych zainteresowań? Rozważasz różne opcje? 

Służę pomocą. 

To znaczy... 

Nie jestem pewna czy pomocą.




1. Blogowanie

Blogowigilia 2017. Od lewej: justekmakemesmile.pl, agatdzwiga.pl, zaniczka.pl, ja i mojasztukoteka.pl

Plusy:

Dziesiątki znajomych (czyt. mama, sąsiadka i jej pies) lajkują Twoje statusy na Fejsie? 

Umiesz napisać poprawne zdanie wielokrotnie złożone? 
(Chociaż patrząc na niektóre blogi, nawet to nie jest konieczne?) 

Wydaje ci się, że masz coś sensownego do powiedzenia? 
(Hehe, wydaje ci się.)

Ktoś czasem zaśmieje się z twoich żartów? 
(To był śmiech, czy po prostu kaszlnął?)

Pragniesz zmienić swoje życie? 
Wprowadzić w nie dawkę emocji? 

Na co czekasz. Zostań ni to dziennikarzem, ni to publicystą. 

Zostań blogerem.

Splendor nie spłynie od razu, trzeba rozkręcić tę karuzelę uśmiechu, ale gdy to zrobisz... Drzwiami i oknami będą walić do ciebie firmy, które zapragną linkować się u ciebie za darmo. Albo będą ci chciały wysłać krem do rąk za rzetelną recenzję na 20 000 znaków bez spacji, oczywiście bez żadnej gratyfikacji pieniężnej. A ty możesz przez chwilę poczuć się ważny i władczy. I odmawiać, odmawiać, odmawiać.
Typowy bloger.

Niewątpliwa mądrość, którą masz do przekazana lub figlarskie inklinacje, którymi pragniesz się dzielić mogą porwać tłumy, wznieść twoje ego na wyżyny absurdu, zafundować ci rollercoaster emocji, abyś któregoś dnia zrobił sobie wizytówki, z dumą głoszące: Jan Kowalski, bloger.

Nie to jest najważniejsze - tu chodzi przede wszystkim o pasję! O chęć układania słów w zdania, rozrywkę z tego płynącą. To lepsze niż seks, zaufaj mi, nie próbowałam ani tego, ani tamtego.

Równie ważnym czynnikiem w tym całej feerii zdarzeń wydaje się poznawanie ludzi. Blog może się stać twoim ulubionym portalem społecznościowym. Okazuje się bowiem, że przyciągasz swoim plastusiowym pamiętniczkiem ludzi podobnych do siebie. Możesz też trafić na jakieś blogerskie pastwisko zajebistości i tam może dojść do rzeczy zdumiewającej - osoby, którym komciasz wpisy mogą wydać się fajne, miłe, inspirujące, i podobnie jak ty nie będą tak do końca wiedziały po co oni tak właściwie prowadzą te swoje portale.


Minusy:

Ślepota, impotencja, bezsenność od niebieskiego światła ekranu.

No i najważniejsze - większość ludzi ma twoje zdanie w dupie. 

Biorąc pod uwagę fakt, że aby ktoś ci zaczął na bloga w ogóle zaglądać, musisz poświęcić niewiarygodne ilości godzin, tańczyć taniec godowy lajków i komentarzy, a także sprzedać duszę diabłu - dla racjonalnie myślącej osoby może być to gra nie warta świeczki. Chyba, że masz bogatego męża/żonę/rodziców gotowych cię wspierać niezależnie od wszystkiego. Jednak w obliczu takich braków wytłumaczenie może być tylko jedno - jesteś zdrowo popier****** (to o mnie).



2. Airsoft

Tak, kiedyś byłam blondynką [*]



















Plusy:

- JEDZIEMY, KURRRWAAAAA!

Centrum miasta. Znajomy wybiegł z jednej z kamienic, w pełnym umundurowaniu, z repliką M16 i krzycząc jak wyżej, pognał w stronę samochodu. W samochodzie siedziały już trzy osoby, w tym ja, każda w podobnym stroju i również z karabinem. Niedzielny poranek dla ludzi pobożnie zmierzających do świątyni na eucharystię zaczął się z pewnością dosyć niecodziennie.

Innym razem, kilka lat później, również w niedzielę, siedzę w McDonaldzie, z podobnym ekwipunkiem, innymi towarzyszami i prosimy o McZestawy. Pani obsługiwała nas, nie wiem czemu, trochę sprawniej niż zazwyczaj. Eee, yyy, to znaczy, oczywiście oprócz tego, że nie wiem jak obsługuje zazwyczaj, bo nie jadam w takich miejscach.

Strzelanie do siebie z repliki broni na kulki, to zabawa dla całej rodziny. Wróć. Strzelanie do siebie z repliki broni, to zabawa dla ludzi... Wróć. Strzelanie do siebie z repliki broni, to:

- ćwiczenie strategicznego myślenia
- i refleksu
- adrenalina
- rywalizacja
- wysiłek fizyczny
- ENDORFINKI!!!111
- obcowanie z replikami broni jest przyjemne samo w sobie
- zajebisty klimat 
- lans na dzielni
- przebywanie w niecodziennych miejscach (forty, las, opuszczone budynki)
- przyswojenie umiejętności mówienia z odpalonym szlugiem w ustach bez konieczności trzymania go w dłoni (bonus!)


Minusy:

Krzoki, gęste knieje. 

Ściślej - leżycie w krzakach. Jesteście w jednej drużynie. Szykujecie zasadzkę na drużynę przeciwną. Będą musieli przejść obok. Wiecie jednak, że na razie są daleko. W tym momencie on się nachyla i szepcze do twojego ucha:

- Czy zdradzałem ci już pięć mało znanych faktów z życia Romualda "Burego"?

No i się zaczyna. 

Nie pytajcie, nie warto.
Prawicowi patrioci "dobrej zmiany", chłopaki z Wykopu, socjopatyczni mizogini - oto hobby dla was! Nie jest to oczywiście regułą nadrzędną, ale niestety środowisko przyciąga takie typy. Airsoft to świetny sposób, aby przerobić swoje traumy, lęki, frustracje czy braki intelektualne w realną energię.

O innych minusach airsoftu w kilku żołnierskich słowach: 

- wstawanie o nieludzko wczesnych porach (po żołniersku) w weekendy, to jest przed 10 rano (tak się przyjęło i większość niestety nie chce tego zmieniać, nawet latem, gdy dni są długie)
- niektórzy nie potrafią wytrzymać napięcia w momencie zobaczenia wroga, więc sprzedają serię na cycki z 1 metra (mieliście kiedyś siniaki na cyckach?)
- niektóre osoby w środowisku traktują kobiety jak przygłupawe maskotki
- niektórzy nie rozumieją, że to tylko zabawa i traktują wszyscy co z tematem związane śmiertelnie poważnie
- trudno zrobić zajebiste foty ze strzelanek, bo zazwyczaj się strzela ¯\_(ツ)_/¯

Jeśli ktoś się nie zgadza - niech pierwszy rzuci granat. Plastikowy granat. 



3. Tarot


To jest ten moment, gdy lepiej przestać obserwować moją stronę, bo zaczyna robić się naprawdę dziwnie.

No, czekam.

Już?

Słuszna decyzja. 


Plusy:

Uważam się za poważnego człowieka. 

Nie że sobie nie pożartuję z tego albo tamtego, ale jednak myślę o sobie jako o człowieku logiki, nauki, rozumu, który wszystko pragnie racjonalnie przyswoić, przeanalizować, poznać i podjąć w związku ze swoją wiedzą równie racjonalną decyzję. Do tego jestem agnostykiem, kimś szalenie sceptycznym, kimś, kto w razie wątpliwości szuka dowodów, a nie przyjmuje rzeczy za pewnik. A i z całą pewnością jestem osobą, która nie czuje się związana z żadną mistyczną energią.

To ten pan.
Znacie taki dokument Diuna Jodorowskiego? Alejandro Jodorowski, to chilijski awangardowy pisarz, reżyser i autor komiksów, którego bardzo cenię. Któregoś dnia stwierdził, nie przeczytawszy Diuny Franka Herberta, że nakręci jej filmową adaptację. Dokument opowiada o żmudnych przygotowaniach dotyczących tego przedsięwzięcia. Nie będę wam spoilerować, ale w filmie jest scena, w której Jodorowski opowiada o symbolice zawartej w tarocie, o tym jak te karty go inspirują, i w końcu wspomina, że zaproszenie do współpracy dla Salvadora Daliego (!) dostarczył na karcie Wisielca. 

Pomyślałam sobie wtedy: zajebiste.

Od tego czasu coś tam zakiełkowało w mojej głowie. Zdroworozsądkowa postawa, którą zazwyczaj się kieruje sprawiła, że absolutnie nie biorę tarota na poważnie, jako jakiś drogowskaz życiowy. Natomiast całkiem niedawno stwierdziłam (bo jest to dosyć świeża zajawka), że będzie fajnie pobawić się ze znajomymi podczas domowych posiadówek przy piwku, a już na pewno w jakieś Andrzejki czy Helołiny, skoro i tak zazwyczaj sobie w tym czasie "wróżymy" z wosku, czy zwykłych kart, dla beki. 

To tak jak z czytaniem horoskopów, napisanych przy salwach śmiechu przez redakcję, z tyłu dennej gazety podczas jazdy pociągiem. Jedziesz Pendolino, czy tam Plebsolino i nagle czytasz, że spotkasz miłość swojego życia. Uśmiechniesz się pod nosem, pokręcisz głową, pod czym od nadmiaru emocji wyleje ci się darmowa kawa dodawana do biletu, a przez osiem kolejnych lat patrzysz na Starego i nie wyniesione śmieci. 

Do plusów zajawki tarotem ostatecznie zaliczam:

- rozrywkę płynącą z czynności wróżenia
- obcowanie z ładnymi grafikami
- próba interpretacji symboliki grafik, to sposób na rozwijanie wyobraźni



Minusy: 

Licznik krindżu zostaje przekroczony. 

Obciach na pół internetu.

Armia dziwnych pań 50+, z trwałą, z wielkimi pierścionkami i chustami na głowach, które gdy kogoś poznają pytają o datę urodzenia i na poczekaniu obliczają numerologię, których chałupy obsypane są runami, magicznymi kruszcami, krzyżówkami panoramicznymi i białą szałwią, noszące imiona w stylu Sybilla, Lukrecylla, albo Maciej.  

Brrrrrrr!

Tak, dalej uważam się za poważnego człowieka.

ALE...

Moja talia. Tak, jest to Lovecraft.
Intuicja u mnie zawsze objawiała się w lekko paranormalny sposób. Niezliczoną ilość razy myślałam o kimś, a ten ktoś akurat do mnie dzwonił, pisał, albo spotykałam go na ulicy. Do rzeczy dziwnych z pewnością mogę zaliczyć fakt, że prawie każdej nocy mam świadome sny i mogę je w dowolny sposób reżyserować (hehe, if you know what I mean). Także wiele razy obserwowałam ludzi z mojego dalszego otoczenia, których nie znam zbyt dobrze. Obserwowałam tych uśmiechniętych ludzi i myślałam: musisz lubić Cheta Fakera, sushi, białe półwytrawne wino, mieć dużo mebli z Ikei, i tak coś podskórnie czuję, że jesteś kompletnie nieszczęśliwa/y. A potem trafiłam do skandynawskich wnętrz domów tych ludzi, gdzie czekało zamówione sushi, a po kilku lampach białego wytrawnego wina, przyznawali, że ich małżeństwo się rozpada, w akompaniamencie Talk is cheap Cheta Fakera. Mniej więcej coś takiego, oczywiście szczegóły na potrzeby tego tekstu pozmieniałam. 

I wtedy przestawało być zabawnie.

Nie powiem Wam jak trafiła do mnie talia kart tarota, bo to też jest cholernie dziwnie i wtedy już z pewnością dacie dislajka, ale jest to związane z czytelniczką bloga, którą z tego miejsca bardzo serdecznie pozdrawiam. 

Jeszcze dziwniej jest wtedy, gdy wróżysz komuś lub sobie dla beki i dzieją się rzeczy, których nie jestem w stanie objąć rozumiem. Okazuje się, że jak na razie wszystko się sprawdza zarówno mi, jak i osobom, którym wróżyłam. To robi kurwę z logiki. To tak jakby ktoś robił sobie ze mnie jaja. Niby jest coś fascynującego w rzeczach, których się nie rozumie, niemniej...

TAROCIE, PRZESTAŃ ROBIĆ MI Z MÓZGU WODĘ, OKEJ? DZIĘKUJĘ.



4. Warhammer
















Burza!

Czarne chmury pokryły niebo. Zadrżała ziemia pod naporem wydobywających się z niej kończyn. Potężny czar nekromanty obudził cały pobliski cmentarz. W stronę armii Wysokich Elfów zmierzał skondensowany strach, odór zgniłych ciał, posępny zwielokrotniony jęk. 
Zmierzała śmierć.

Także ten...

Warhammer nie bez kozery nazywany jest "grą wyobraźni". 

Aby zagrać w Warhammera potrzebne są:

- plastikowe (lub metalowe) figurki, które trzeba posklejać i pomalować
- określony teren z przeszkodami (górki, lasy, rzeki, budynki, itp.)
- miara zwijalna
- kości do gry
- dwóch frajerów 

Rozgrywka przypomina w bardzo, bardzo dużym uproszczeniu ogromnie rozbudowane szachy.


Plusy:


Mokry sen nerdów. 

To przede wszystkim uczta dla oka, świetnie opowiedziana historia, unikatowy klimat świata fantasy (lub sci-fi), nauka strategicznego myślenia, genialna rozrywka na wiele godzin. Systemy oferują wiele frakcji, które można dobrać wedle gustu, predyspozycji danej armii, sposobu walki, czy do swojego własnego charakteru. Dodatkowo, nie wchodząc głębiej w specyfikę różnych edycji gry, powiedzmy, że systemy ciągle się zmieniają (to niestety nie zawsze jest plus, szczególnie biorąc pod uwagę ostatnie lata) .

Sama posiadam armię Nieumarłych, czyli w moich szeregach są wampiry, nekromanci, szkielety, zombie, duchy i inne ożywione truposze. Jakieś 95% moich figurek pomalowałam sama, np. właśnie tego nekromantę czy banshee których widać na zbliżeniu.

Wokół uniwersów Warhammera powstało wiele książek, gier komputerowych, wszelaki geekowy inwentarz, co sprawia, że można być pryszczatym gościem we flanelowej koszuli w pełnym tego słowa znaczeniu. Można jeździć na turnieje, można być figurkowym wiedźminem, czyli trudnić się malowaniem za pieniądze, i robić inne szalone rzeczy słuchając Manowara.

Jednak różnica pomiędzy fajnymi ludźmi z warhammerowej społeczności, a niefajnymi ludźmi, jest mniej więcej taka, jak między nekromantą, a nekrofilem.


Minusy:

Wykluczenie społeczne, alkoholizm, samotność, niekontrolowane erekcje.

Ogólnie trochę śmieszno, trochę straszno.

Nieodwracalne zmiany w mózgu, których wypadkową jest napierdalanie przy wszelkich sytuacjach towarzyskich bełkotem niezrozumiałym dla przeciętnego człowieka. To mieszanka angielskich określeń związanych z mechaniką gry, z nazwami jednostek i wyższą matematyką. 

Niektórzy warhammerowcy cierpią na znane medycynie schorzenie o wdzięcznej nazwie "kij w dupie", a ich ulubioną rozrywką jest kłótnia o milimetry. 

Z drugiej strony, należy przygotować się na ataki ludzi z zewnątrz, którzy przy każdej okazji będą ci przypominać, jak bardzo dziecinne jest twoje hobby. Tłumaczenie, że nie jest to zajęcie dla dzieci (bo wymaga jednak dosyć skomplikowanych procesów myślowych) nie przyniesie żadnych rezultatów. Niezależnie od tłumaczeń, przylgnie do was łatka z deka infantylnych.

Warhammer przyciąga niekiedy naprawdę specyficznych ludzi, którzy z lubością tworzą wokół siebie atmosferę przypominającą Sheldona z Big Bang Theory. Theory jest w tym dużo, znaczniej trudniej o bang.

Po za tym, ile to już godzin jednej sesji, dwanaście? Czy oddawałem przez ten czas mocz? A kolejne pytanie - gdzie go oddawałem?



5. Wizaż i alchemia pielęgnacja

Ostateczny dowód na to, że jednak jestem kobietą.

Plusy: 

Masz krzywy ryj?

Wory pod oczami? (to ja)

Asymetryczne usta? (to też ja)

Trzy podbródki? (to jeszcze nie ja)

Różnica pomiędzy wysokością prawego i lewaka oka, to jakieś dwa centymetry? (cholera, to na pewno nie ja)

Masz w sobie coś z narcyza? (nie chcę odpowiadać na to pytanie)

Zainteresuj się makijażem!

Wizażem zaczęłam interesować się w okolicy 2012 roku, gdy rozkwitał polski rynek kosmetyczny oraz coraz bardziej popularyzowała się urodowa strona YouTube'a. Zapragnęłam wtedy mój dom przemienić w drogerię. Większość sobotnich poranków spędzałam na dwugodzinnym makijażu (ech), nadrabiając "makijażowe braki" które nazbierały się w mijającym tygodniu by w rezultacie wyjść z domu wyglądając, jakbym właśnie szła na wiejskie wesele. Na początku szło mi średnio, ale później zapisałam się na kurs wizażu (którego ostatecznie nie ukończyłam), niemniej przynajmniej nauczyłam się malować siebie i innych. 


Screen nagłówka dawnego bloga. 

Powiedzmy, że "motyw przewodni" został zachowany...

"Kosmetyka geeka" - żenaldinio 
Reasumując - makijaż:

- powiedzmy, że ogarnięcie swojej twarzy, to cenny atut
- makijaż jest jak najlepszy dodatek do stroju (tak mówię, bo nie stać mnie na torebkę Gucci)
- założyłam bloga na ten temat (minus: którego już obecnie nie prowadzę)

Zajawienie pielęgnacją pojawiło się nieco później i trochę przysłoniło zajawkę makijażową. W ten oto sposób nauczyłam się czytać i rozumieć większość składów kosmetyków, przerzuciłam się w znacznej mierze na pielęgnację naturalną i azjatycką (#metoo #konsumenckadziwka), oraz własnoręcznie robić kosmetyki z półproduktów (#alchemia).

Reasumując - pielęgnacja:

- dbanie o pielęgnacje jest ważniejsze niż makijaż
- moja cera wygląda teraz lepiej niż 5 lat temu
- opóźniły się procesy starzeniowe
- stałam się świadomym konsumentem, który zawsze czyta składy...
- ...przez co prawie w ogóle nie kupuje wiodących marek drogeryjnych...
- ...więc zazwyczaj by znaleźć to, co mnie interesuje muszę się trochę naszukać
- wiem jak zrobić fajne kosmetyki za grosze


Minusy: 
Klasyczne brwi Breżniewa.

Bękarcim pomiotem modnego interesowania się wizażem są tak zwane BRWI BREŻNIEWA, które zalewają Instagram niczym Morze Czerwone goniących Mojżesza (wtf?).

Pozwólcie, że trochę pogeneralizuję - branża beauty przyciąga idiotów.

Wszystkie dziunie, które kupiły sobie modną paletkę Zoevy, zestaw pędzli i raz pomalowały siostrę na pierwszą komunię, zaczynają nazywać się "wizażystkami".

Wszystkie sklepy kosmetyczne przyciągają próżne Karyny i Dżesiki, które w twoim spojrzeniu będą sobie poprawiały pomadkę. Jeśli są blogerkami, biorą udział w akcjach "kom za kom".

Większość z tych samozwańczych artystek pędzla i podkładu nie umie łączyć kolorów, używa obecnie modnych trupich pomadek, nawet jeśli im to nie pasuje, kupuje wszystko jak leci, robiąc sobie poligon na twarzy. Czy wspominałam o pontonadzie ust? O wypełnianiu ich kwasem hialuronowym, aby wyglądały jak dwie dorodne gąsienice? A potem o specyficznym malowaniu ich tak, aby wyglądały na jeszcze większe? O, albo o konturowaniu na mokro, czyli modelowaniu twarzy w ten sposób, że w zatrważającej części przypadków laski wyglądają jakby ubabrały się w gównie?

Muszę się napić drinka.




Także moi kochani czytelnicy...


Zbieranie znaczków. 


Polecam zbieranie znaczków jako hobby bezpieczne, niekontrowersyjne i niekłopotliwe.




Brak komentarzy :

Prześlij komentarz