PRZYWITAJ SIĘ:

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Tabliczka mnożenia, Werter i Zdrowaś Maryjo



Nie wiem czy wiesz, ale w szkole zmarnowałeś sporo czasu.



Reforma edukacji przyniosła nam system dwunastoletni (lub trzynastoletni jeśli zdecydowaliśmy się na technikum), w którym mieliśmy okazję nauczyć się wielu rzeczy, które w mniejszy lub większy sposób miały nas przygotować do dorosłego życia.

Dziś mam 25 lat. Będąc w tym sędziwym wieku, jedną nogą w grobie, drugą w marzeniach o dostatnim życiu i szczęśliwej przyszłości, pomyślałam, że czas na bilans zysków i strat. Obserwując siebie i rówieśników, jestem w stanie z perspektywy czasu ocenić, czy tak naprawdę te dwanaście lat na coś się zdało. 

Może nauczyłeś się rozwiązywać zadania matematyczne. Może zgłębiłeś tajniki literatury i gramatyki. Może wiesz jak się przeżegnać w kościele i wiesz jakie są grzechy główne, a jakie jeszcze w miarę lajtowne. Może wiesz jak w Excelu wstawić funkcję i że Skłodowska-Curie była kobietą. 

Niemniej statystycznie rzecz ujmując, nikt, absolutnie nikt, nie nauczył Cię tego jak radzić sobie z naprawdę istotnymi rzeczami.



Nie zrozum mnie źle – wiedza ogólna jest bardzo ważna, by móc się odnaleźć w otaczającej rzeczywistości i absolutnie tego nie podważam. Ale pozostaje jeszcze cała masa informacji o funkcjonowaniu w społeczeństwie, których uczą albo modni i drodze coache, albo wrzucenie na głęboką wodę, ot chociażby, w Urzędzie Skarbowym.

Podstawowy problem

W podstawówce to tak naprawdę przez większość czasu była zabawa, pomieszana z małymi dawkami wiedzy. W praktyce miałeś nauczyć się poprawnie pisać, liczyć (ja dalej nie umiem), czytać, mówić i obcować z innymi ludźmi. W rzeczywistości wychodząc z podstawówki prawdopodobnie miałeś problem, żeby powiedzieć „dzień dobry” obcym ludziom w windzie lub kupić coś w sklepie bez obstawy mamy. Wiedziałeś, że pod lekcją powinien być „szlaczek” oddzielający lekcje, a że jak coś jest ważne, to powinno się to zakreślić oczojebnym żółtym podkreślaczem, względnie kolorowym długopisem (nie czerwonym, bo czerwony to kolor nauczyciela). Wiedziałeś, że trzeba zapytać o pozwolenie, gdy chcesz iść zrobić kupę w trakcie lekcji i choćby nie wiem co się działo, to nauczyciel ma zawsze rację, nawet jeśli jest kompletnym idiotą. Nauczyłeś się podlegać pod autorytet, funkcjonować w pierwszym pierwowzorze miejsca pracy, który uczył Cię schematów.

Gimby nie znajo

Jakby burza hormonów, to było za mało, doszła chemia, fizyka, biologia i wtem wszystkie wolne popołudniowe godziny, które mogłeś wykorzystać na naukę języków obcych (które absolutnie zawsze i wszędzie się przydają) i rozwijanie swoich zainteresowań (które definiują nas jako osobę i sprawiają frajdę), spędzałeś na romans z Mendelejwem i innymi milusińskimi. Jeszcze pół biedy, kiedy wiedziałeś, że chcesz studiować kierunek około-chemiczno-medyczny. Ale zazwyczaj w tym wieku nie wiesz, czy będziesz miał ochotę zjeść drugie śniadanie czy czipsy i większych dylematów zazwyczaj brak. 

Liceum, wiedzy muzeum

Przysposobienie obronne i Podstawy Przedsiębiorczości czytaj BHP dla ubogich oraz przedmiot, który z rzeczywistością ma tyle wspólnego, co ja z dynastią Ming. No ja pierdole. Jojczenie o maturze, zamiast być poparte realnym wsparciem i CZASEM na naukę, utrudnione jest na wszelki możliwy sposób „sprawdzianami na koniec liceum” i innymi zaliczeniami. Oczywiście w sporej mierze, wiedza na maturę nie pokrywa się z tą programową. A nawet jeśli się pokrywa, to schemat nauki i analizy danych, musi być zupełnie inny niż „szkolny”. W liceum stajesz się dorosły, chcesz mieć chłopaka/dziewczynę, chcesz w perspektywie pójść na fajne studia, chcesz chodzić na imprezy, chcesz poczuć, że wtem oto opuszczasz rodzinnego pampersa. I zamiast szkolne środowisko Ci to ułatwiać, ucząc Cię samodzielności, zatrzymuje Cię w zawieszeniu pomiędzy gówniarzem, człowiekiem niedojrzałym i niekompletnym., a nędzną kopią kogoś dorosłego. Schematy zostają utrwalone.

Kończysz swoją przygodę z systemem edukacji i albo idziesz na te studia, albo nie. Jeśli jesteś statystycznym młodym człowiekiem z przeciętnej rodziny, bez większego dostatku, zazwyczaj musisz równolegle pracować, jeśli nie w pełnym wymiarze godzin, to chociaż dorabiać.

I okazuje się, że dopiero tutaj zaczyna się prawdziwe życie.


Ciężka praca i jeszcze gorsza płaca

Staje przed Tobą pierwszy Mount Everest – rozmowa kwalifikacyjna. Palisz buraka na wstępie, nie umiesz powiedzieć nic o sobie, bo nikt Cię nigdy nie nauczył co należy mówić w takich sytuacjach. Nie umiesz wymyślić 10 zastosować dla butelki (oprócz pojemnika na wodę), bo kreatywne myślenie w szkole to mit. Nie masz za grosz pojęcia, zapytany o swoje wady, jak o nich mówić tak, żeby brzmiały jak zalety, bo nawet nie wiesz, że tak trzeba. Więc mówisz, że się spóźniasz, że lubisz sobie pospać, że lubisz zjeść fryty w Maku. Nie umiesz rozmawiać o finansach, ile oczekujesz. Więc dostajesz te 5zł za godzinę z błogosławieństwem, że jakoś to będzie. Uff, masz pracę.

Dorabiasz te 5zł za godzinę jako kelnerka w podrzędnej knajpce, znosząc wulgarne uwagi zaślinionych facetów. Albo nosisz paczki DHL będąc pod dowództwem jakiegoś troglodyty. Jak masz „odrobinę więcej szczęścia”, załapujesz się do jakiegoś korpo ot chociażby na call center na weekendy czy popołudnia, gdzie znosisz masę upokorzeń z ręką przeklejoną do telefonu przez cały czas, gdzie rejestrują każde wyjście do kibla. Ale to nic, studiujesz zarządzanie, kiedyś im wszystkim pokażesz.

Nagle musisz wypełnić PIT i nie masz pojęcia o co w nim chodzi. I nie wiesz czy się rozpłakać, czy ściągnąć rekomendowany przez rząd program do jego wypełnienia i zacisnąć zęby. Po co to robisz? Po co go obliczasz? Jak to jest sprawdzane? Kiedy należy się zwrot? I co to do cholery jest PKB? Brutto? Netto? Nie wiesz, nikt Ci w szkole nie powiedział.

A JOWy? Co to są te JOWy? Głosować czy nie? Wszyscy mówią, że tak, no to może tak. Nie pamiętasz ze szkoły o co chodzi, bo nauczyli Cię za dużo nieprzydatnych rzeczy w międzyczasie. A na Wikipedii jest to napisane tak, że nic z tego nie rozumiesz. Bo nie nauczyli Cię analitycznego myślenia. Oj tam.

Kończysz te pieprzone studia, a menagerem dalej nie jesteś. Nie wiesz jak to się stało. Postanawiasz zmienić pracę. Idziesz do jakiegoś biura, może innego korpo. Kolejna rozmowa, tym razem idzie Ci trochę lepiej. Możesz sobie pozwolić na pełny etat. 1400 zł, umowa na rok czasu, potem podwyżka do 1600 zł, umowa na rok czasu i potem zero podwyżki, ale uff, umowa na czas nieokreślony. Jak kupisz jedzenie i opłacisz wynajem, zostaje Ci jak dobrze pójdzie 200zł na szalone przyjemności. Życiowy, kurwa, sukces.



Co robić?

Trzeba mieć chyba szczęście, trafić w odpowiednią szkołę z odpowiednimi ludźmi, mieć duże wsparcie nauczycieli i jeszcze większe rodziców, by naukę w szkole ukierunkować na praktyczny rozwój osobisty. 

Ja taki etap rozwoju przeżyłam tylko w gimnazjum, gdy trafiłam na polonistkę, która potrafiła rozbudzić we mnie pasję pisania, zabierała na konkursy literackie, olimpiady, umożliwiła funkcjonowanie szkolnej gazety. Później w liceum, każda chęć zrobienia czegoś ponad normę była gaszona, krótkim „a po co”. I tak, gdy chciałam wystawić sztukę na konkurs usłyszałam, że to nie przynosi żadnych korzyści. Gdy chciałabym startować w olimpiadzie, usłyszałam, że nie warto tracić czasu na takie rzeczy. 
Gdy w trzeciej klasie zmieniła się polonistka z biernej-ale-poprawnej na Gierka w spódnicy, o mentalności dziewiętnastowiecznej kobiety ze wsi, myślałam, że umrę z żenady jak pierwsze za co się wzięła to „Ferdydurkę”. Ta książka wyśmiewała takie osoby, jaką była ona sama! Konsekwentnie na każdą lekcję polskiego przynosiłam „Politykę”, żeby nie marnować tych 45 minut albo uczyłam się do matury. Wylądowałam z tróją na świadectwie maturalnym, ale rozszerzoną maturę z polskiego zdałam bardzo dobrze. Jako jedyna z trzech maturalnych klas na ustnej maturze wybrałam temat związany z współczesną literaturą fantasy. I nagle zdziwienie, bo dostałam 16 albo 17 punktów na 20 możliwych, a koleżanka, która naumiała się powstania styczniowego, tylko 7. 
Jedyną dobrą nauczycielką w moim liceum była matematyczka. Uwielbiałam matematyczkę. Konkretna, ostra jak brzytwa, bardzo wymagająca kobieta, ale potrafiła nauczyć wszystkiego. Leciałam na tych dopach i trójach, przychodziłam po kilka razy pisać sprawdzian z funkcji wymiernej, ale szanowałam ją i lubiłam na swój sposób. Pokochałam matematykę, chociaż ona nie pokochała mnie.

Tu nie chodzi o przechwałki. Tu chodzi o to, że przeciętna Polska szkoła uczy bycia przeciętniakiem, kretynem, mrówką, korpoludkiem, zabija zainteresowania, każdy indywidualizm, przejaw samodzielnego myślenia. Szkoła uczy, że ubóstwo to norma, nie że powinno się dążyć do dostatku, a ten kto jest majętny ponad normę, to na pewno złodziej, albo dała dupy odpowiednim osobom. Języki obce, które przydają się w obecnych czasach nawet gdy sprzedajesz marchewkę, realizowane są w ramach zajęć na odwal się, gdzie nawet poprawnie nie nauczysz się wymawiać podstawowych słów. Dopiero na pierwszych zajęciach fonetyki na lingwistyce stosowanej, godzina została poświęcona na nauczenie grupy poprawnego wymawianie słowa „Polish”. Za każde „polisz” dawano po mordzie.

Nie uważam się za eksperta, guru, czy jakikolwiek wzór do naśladowania, bo popełniłam w życiu masę błędów związanych z edukacją. Ale chciałabym w świat rzucić komunikat: otwórzcie oczy, uczcie się dla siebie, nie dla ocen, inwestujcie we własny rozwój, rozmawiajcie, pytajcie, dociekajcie, bądźcie krytyczni

Może wtedy lepiej poradzicie sobie z szokiem termicznym rzucenia na głęboką, zimną wodę, gdy będziecie musieli rozmawiać z poważnymi ludźmi na poważne tematy, o życiu, śmierci i podatkach.


Tak na minus czwórkę, ale jednak.


Brak komentarzy :

Prześlij komentarz