sobota, 25 stycznia 2014

Osiedlowi najeźdzcy

Puk, puk. Kto tam? Stary kumpel z browarami? Twoja dziewczyna w płaszczu, pod którym nie ma nic oprócz koronkowej bielizny? Twoja mama w odwiedzinach z dostawą kotletów domowej roboty? Czy... O mój Boże, tak... PIZZA?! Nie. Nie tym razem. Tym razem to Świadkowie Jehowy, wścibskie sąsiadki, natrętni akwizytorzy, wykwalifikowani specjaliści - oszuści, bezdomni - innymi słowy drużyna, jakiej Frodo nie chciałby zebrać przed udaniem się do Mordoru.



Ulubiony czas niezapowiedzianych domokrążców to pora przedpołudniowa. Wtedy większość kumatych ludzi jest w szkole albo w pracy i nie sprawuje pieczy nad ogniskiem domowym. Pozostają zatem w domach, w zdecydowanej większości, niekoniecznie kumaci emeryci, renciści, bezrobotni, ludzie chorzy, a i czasami - ja.


I tak, rzutem na taśmę, przedstawmy akwizytorów. Ludzi, którzy mogliby nucić podczas swoich blokowiskowych obchodów "znowu w życiu mi nie wyszło". Zawsze się zastanawiałam jak można dobrowolnie podjąć się zajęcia opierdalania ludziom unikatowego kompletu noży, jednak nie mi to oceniać. Jeśli już jesteśmy przy nożach, to muszę powiedzieć, że jestem na nie cięta. Pamiętam jak kiedyś podczas grzecznego odmawiana jednemu z przedstawicieli gildii ostrzy, ten rzucił, że "chce rozmawiać z kimś starszym i doświadczonym w życiu". Spójrz lepiej, frajerze, na siebie i zobacz jak Cię życie pięknie doświadczyło. Mój brachol ich pięknie gasi - mówi tylko "stary, zmień pracę" i zamyka im drzwi (albo odkłada słuchawkę telefonu, jeśli kontakt ma miejsce właśnie tą drogą).





Noże i inne badziewie lubią za to kupować starsze osoby. Czujność i poziom obciachu z jakiegoś powodu wytępia się u leciwych osób. Ci sami, którzy kupią noże, porcelanowe lalki i święte obrazki, lubią też zapukać do twoich drzwi i zapytać ni z gruchy, ni z pietruchy "co słychać?". Do stu tysięcy amerykańskich Marines, co ja Ci mam kobieto odpowiedzieć na takie pytanie? "Nie znam Cię?" Może chcesz sól? Pieprz? Mąkę? Jezu, pożyczaj co chcesz, ale nie zadawaj mi tak krępujących pytań jak "co słychać". Jeśli u starszych osób wytępia się poziom czujności i obciachu, u mnie niestety z czasem wyostrza się syndrom nierozpoznawania twarzy starszych sąsiadek. To jak z Azjatami - dla mnie oni wszyscy wyglądają tak samo. Gdy mam jakiś bezpośredni kontakt z sąsiadką, nigdy nie jestem pewna z kim mam do czynienia. Więc gdy pada "co słychać", odpowiadam zdawkowo "dobrze". Jestem miła i dobrze wychowana - cóż innego mogłabym odpowiedzieć?



Ja wiem - samotność i brak internetu, to wyjątkowo sprzyjające połączenie w drodze do utraty normalności. Wtedy faktycznie można sobie pomyśleć, że warto poznawać ludzi poprzez pukanie do ich drzwi. Kiedyś jedna z pań (nawiasem mówiąc nie taka stara - mamuśka lekko po czterdziestce) rzuciła do mnie, gdy nie chciałam otwierać drzwi, a wiedziała, że jestem w środku "chcę by życie sąsiedzkie kwitło i ubolewam gdy tak nie jest". Prawie się wzruszyłam. Innym razem usłyszałam rozmowę na klatce schodowej będąc w przedpokoju. Dwie panie wymieniały uwagi. "Kto tu mieszka?" pyta jedna. "Aaa, pani Krystynko, chyba jakieś młode, a wie pani, oni nie nauczeni by rozmawiać".



Przez jakiś czas zastanawiałam się czy koleżanka pani Krystynki ma rację. Czy powinnam ją zagadywać jak kupujemy razem bułki. Czy patrzy na mnie przez pryzmat dresów, którzy nie mówią nawet "dzień dobry". Czy moja potrzeba obrony przed intruzami terytorium, jakim jest mój domowy azyl jest uzasadniona.



Z zadumy wyrywają mnie wspomnienia kolejnych spotkań trzeciego spopnia i nagle wszystko znów wydaje się cudownie uzasadnione. Dwóch gości ubranych na czarno rozdających kalendarze. 





Kominiarze? Nie, coś tu jest nie tak. Nie było żadnych ogłoszeń o kontroli instalacji. Pukają o dziewiątej rano czyli w nocy, sunę jak zombi w kierunku "Judasza". Macham ręką, nastawiam wodę na kawę. Dobiega mnie jednak za chwilę coś co mrozi krew w żyłach - to koleżanka pani Krystynki otworzyła im drzwi. Słyszę kłótnię, ostrą wymianę zdań i niezgrabne tłumaczenia koleżanki pani Krystynki. Jeden z facetów w czerni krzyczy "Tu nie chodzi tylko o żadne pieprzone kalandarze! Proszę o natychmiastowe wpuszczenie do środka!". Mam ochotę otworzyć tylko po to, by dać im w ryj. To też jedna z nielicznych sytuacji w życiu, kiedy mam ochotę wezwać policję.



Bezdomni - poszukiwacze bułek, zup i drobnych na wódkę. Też już nigdy nie nabiorę się na ich subtelny urok. Wprawdzie to nie ja padłam ich bezpośrednią ofiarą, ale moja babcia. Przez wiele lat przychodziła do niej ta sama bezdomna babuleńka. Babcia częstowałała ją obiadem. Często prowadziły dysputy o życiu przy kalafiorowej. Któregoś dnia zniknęła torebka babci. Razem z bezdomną babuleńką. Jeśli chcecie pomagać bezdomnym, róbcie to przez fundacje. Ci ludzie mają tak wyprane mózgi alkoholem i porażką życiową, że nasze dwa złote podane im do ręki nic im nie da - tylko pogorszy sprawę.

Przepraszam pastwa, czy macie może chwilę, by porozmawiać o Jezusie Chrystusie? Zostali jeszcze Świadkowie Jehowy. Do nich mam szczerze mówiąc najmniej, nie tylko dlatego, że kilku znam osobiście. Oni, chociaż łażą po blokach często, przynajmniej kiedy grzecznie odmawiam, to również dziękują i idą dalej. Ich ewangelizacja, mimo tego, że nabiera formy skrajnie bezpośredniej, jest mimo wszystko mniej agresywna, od tej typowo katolickiej. Mam tylko spory ubaw związany ze Świadkami, bo jestem ich ulubionym celem na przystankach autobusowych - stoi takie czarne milion metrów od przystanku, ze słuchawkami na uszach. Pewnie zagubione, pewnie poszukujące - podbijamy. Haha, zapraszam.






Staje się starym, zgorzkniałym człowiekiem. Jestem jak jeden z "dwóch stetryczałych tetryków". Jestem jednym z tych muppetów-dziadków, którzy na wszystko narzekają. Jestem jak Clint Eastwood w "Gran Torino". "Jestem jak podstarzały Donnie Darko" jak pisał Żulczyk. Jestem jak pies przy budzie. Jak kot na klawiaturze komputera. Mój dom i wara od niego. Chcesz do mnie przyjść - umów się na wizytę. Kto wie, może wtedy nie poszczuję Cię Kącikiem ;)



WTF ?!



1 komentarz :

  1. Ja odpowiadam w ten sposób:
    - co słychać?
    - zależy gdzie się ucho przyłoży.
    Zwykle wybija to rozmówcę z rytmu.

    OdpowiedzUsuń